Pasjoniści są w Smotryczu od 1991 roku: wyjechali na Ukrainę pod koniec czerwca, a 16 lipca, we wspomnienie Matki Bożej Szkaplerznej, objęli kościół. Pierwszą częścią fundacji była właśnie świątynia z klasztorem — podominikański kościół z 1769 roku, w czasach sowieckich zamieniony na dom kultury. Od początku zakonnicy widzieli jednak ten sam problem: ludzie starsi, samotni i chorzy, pozbawieni opieki państwa, a często i rodziny — bo ta wyjechała za pracą za granicę, zostawiając najstarszych samym sobie.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych pojawiła się okazja: upadające państwowe przedsiębiorstwo budowlane sprzedawało budynek biurowy w innej części Smotrycza. Zakonnicy kupili go z myślą o domu pomocy.
Wtedy się nie udało. Klasztor nie był jeszcze wykończony, a galopująca inflacja uniemożliwiała zakup materiałów. Projekt odłożono — ale o nim nie zapomniano.
Wrócono do niego po kilkunastu latach. W 2017 roku, dzięki wsparciu wielu ludzi dobrej woli i współbraci z różnych stron świata, budynek udało się wyremontować. W maju 2017 roku przyjechały Siostry Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo — szarytki z prowincji chełmińsko-poznańskiej. Zamieszkały w domu, który od przeznaczenia nazwano Domem Miłosierdzia.
Dom stoi więc do dziś po drugiej stronie miejscowości niż klasztor. Nie jest rozbudową zakonnego zabudowania, lecz osobnym dziełem — kupionym, wyremontowanym i prowadzonym z myślą wyłącznie o tych, którzy nie mają dokąd pójść.
mieszka w Domu na stałe — liczba stale się zmienia, bo jedni odchodzą, a na ich miejsce przychodzą nowi.
tyle wynosi pojemność budynku; dziś nie jesteśmy w stanie jej wykorzystać, brakuje personelu.
dla osób w nagłym kryzysie — najczęściej matek z dziećmi uciekających przed przemocą domową.
korzysta ze świetlicy prowadzonej przez siostry szarytki dla dzieci i młodzieży z okolicy, która funkcjonuje w Domu.
Ludzie, których nie ma kto przyjąć.
Osoby starsze i niepełnosprawne. Osoby leżące, wymagające stałej opieki medycznej. Osoby niewidome. Chorzy w ostatnich tygodniach życia — dom prowadzi także opiekę paliatywną. Matki z dziećmi, które musiały nagle uciec z domu.
System opieki nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi na Ukrainie nie działał dobrze już przed wojną. Dziś, w tej dziedzinie usług, panuje chaos.
Siostry szarytki odwiedzają też chorych i starszych w całym rejonie — pomagają w codziennej pielęgnacji, dowożą jedzenie i leki, organizują pomoc medyczną.
Przy Domu działa świetlica dla dzieci i młodzieży z okolicy. Można tam odrobić lekcje, nadrobić zaległości, zagrać w małym teatrzyku, zjeść posiłek wśród rówieśników.
W czasie pandemii, a potem wojny, okazała się dla najmłodszych jedynym miejscem spotkania.
To nie jest dodatek do głównej działalności. Dzieci i młodzież są największymi ofiarami tej wojny: przez sześć lat nauka była praktycznie przerywana — najpierw przez pandemię, potem przez wojnę. Nauczanie zdalne na ukraińskiej wsi jest w dużej mierze fikcją, bo w wielu domach nie ma internetu.
Dwa tygodnie przed inwazją, na posiedzeniu rady prowincjalnej, zajęto się bezpieczeństwem współbraci w Smotryczu. Prowincjał zaproponował telefonicznie przeniesienie się do jednego z klasztorów w Polsce. Przełożony przedstawił propozycję wspólnocie — odmówili jednogłośnie, świadomi możliwych konsekwencji. Propozycję powtórzono 22 lutego podczas spotkania online. Odpowiedź była ta sama. Siostry szarytki zdecydowały identycznie.
Wysłano wtedy na Ukrainę trochę zapasów „na wszelki wypadek”. Okazało się to prorocze.
Po 24 lutego do Smotrycza zaczęli napływać uchodźcy z Mariupola, Charkowa i okolic Kijowa. W miejscowości liczącej dwa tysiące mieszkańców znalazło się ponad tysiąc uchodźców.
Do klasztoru i do Domu Miłosierdzia codziennie przyjeżdżali ludzie, którzy nie mieli ze sobą nic — nawet dokumentów. Jedna rodzina przyjechała w piżamach: ewakuowano ją nocą z płonącego budynku. Inna była w samochodzie przed własnym domem pod Kijowem, gdy uderzyła w niego rakieta. Ocaleli i zamieszkali w Domu Miłosierdzia.
W klasztorze nocowało od dwudziestu do pięćdziesięciu osób — z powodu godziny policyjnej podróżowanie nocą było niemożliwe. Każdy, kto rano ruszał dalej, dostawał prowiant na drogę. W ciągu pierwszego półrocza wojny w klasztorze przenocowało ponad 350 osób.
W Domu Miłosierdzia zajęte były wszystkie łóżka i wszystkie materace. W latach 2022–2023 mieszkało tam więcej osób, niż budynek przewiduje — uchodźcy zajęli także pomieszczenia socjalne i rekreacyjne, na co dzień niezamieszkane.
Do trzech sióstr posługujących na stałe dołączyły wtedy dwie kolejne — same uciekinierki z Mariupola.
„Przyjmując tych ludzi, wzięliśmy za nich odpowiedzialność. Nie można ich wyrzucić z powodu braku środków na utrzymanie. Oni po prostu nie mieliby dokąd pójść” – Mówiły siostry w udzielony wówczas wywiadzie.
Transporty z Polski. Dary zbierano we wszystkich klasztorach prowincji. Pierwszy transport wyjechał dziesiątego dnia wojny — prawie 2,5 tony. Przy większym konwoju zabrakło ciężarówki i kierowcy, który odważyłby się jechać. Zaczęto nowennę do św. Józefa; następnego dnia znalazł się kierowca i największa dostępna ciężarówka. Wolontariusze pracowali po siedemnaście godzin, zapakowano 24 palety, 12 ton — leki, materace, karimaty, śpiwory, koce. W ciągu pół roku dostarczono ponad 30 ton pomocy humanitarnej, która trafiła do najbardziej potrzebujących.
Dom
Pasjoniści składają czwarty ślub: szerzyć pamięć Męki Jezusa Chrystusa. Konstytucje zgromadzenia mówią, że Mękę głosi się
…nie tylko jako fakt historyczny, lecz jako rzeczywistość obecną w życiu ludzi «ukrzyżowanych dzisiaj» przez niesprawiedliwość, brak głębokiego sensu ludzkiego życia, głód pokoju, prawdy i życia. — Konstytucje, 65
Dom Miłosierdzia nie jest więc działalnością poboczną wobec charyzmatu. Jest jego sprawdzianem.





























































